|
anndriusza@gazeta.pl
|
poniedziałek, 17 października 2011
Podróż przez indyjskie wioski
czwartek, 24 lutego 2011
wtorek, 15 grudnia 2009
Opowiesc o zlym sadhu i szwedzkim mlodzieniecu.
Spotkac tez mozna na Paharganju bardzo smutne przypadki. Widzialem tam chodzacego pewnego mlodzienca z dalekiej Szwecji. Byl moze w wieku lat okolo trzydziestu. Mlody, przystojny, i urodziwy, o dlugich blond wlosach opadajacych mu na ramiona. Niestety strasznie juz zaniedbany, chodzi tak na bosaka, przewiazany jedynie biala szarfa miedzy nogami, a w jego reku zloty trojzab czy tez widly. A slyszalem ze bylo tak.
Urodzil sie ten chlopiec w malym prowincjonalnym miasteczku w okolicach Sztokholmu. Mial udane, wesole dziecinstwo i kochajacych rodzicow. Dostal sie do dobrej szkoly i wlasnie konczyl studia. Jak to w zyciu bywa, szukal czegos wiecej. Przelecial juz bowiem wiekszosc swych blond kolezanek z owego miasteczka.Sprobowal tez wszystkich dostepnych na szwedzkim rynku srodkow psychodelicznych. Rynek byl czarny, srodki byly gorzkie lecz potem bylo kolorowo. Pewnego week-endu wyruszyl na Sztokholm w poszukiwaniu wrazen lepszych niz prowincjonalnosc miasteczka. Tam przypadkiem, myslac ze do baru wszedl do ksiegarni. Juz mial wychodzic gdy wzrok jego przykula okladka dosc grubej ksiegi. A byly to indyjskie wedy. Silne i natychmiastowe pragnienie poznania madrosci wschodu tam zawartych, sklonilo go do podrozy na owy wschod. I tak wyladowal w Delhi. Blakajac sie po Paharganju sam dokladnie nie wiedzial gdzie dokladnie jest i o co w tym wszystkim chodzi. Byl troche skolowany i glodny tez byl. Ryzu nie jadal a hamburgera nie bylo. Blakal sie tak bez celu po Paharganju gdy wtem.... pierwszy lepszy sadhu capnal go za ucho i pognal go do swego asramu. Sadhu mial tylko dwa zeby na przedzie, nie mial tez kawalka ucha. Lecz pomaranczowe swiete szaty i olbrzymi spleciony kokon dredow na glowie sprawily iz mlodzieniec pomyslal iz oto spotkal swietego, swego duchowego mistrza ktory wyjasni mu wiele tajemnic i sprawi iz bedzie wiedzial jak zyc. Sadhu mieszkal w jednej z bocznych uliczek Paharganju. Nie pracowal, ale do roboty mial blisko. A trudnil sie zebraniem lub wyludzaniem pieniedzy i czarna magia. Jako ze jego zdolnosci manualne ograniczaly sie jedynie do odpalenia swietego chillum wypelnionego po brzegi haszyszem, poprosil okolicznych rzezimieszkow o pomoc, ktorzy napredce zlozyli mu te bude ktora bezczelnie nazwal asramem. A ze sie nie myl to odrazu sie zapchlila. Ascetyzm fascynowal go od dziecka. A jako ze kazdy asceta musial cos robic w celu osiagniecia czystosci i doskonalosci duchowej, to nasz postanowil sie nie myc. Brakiem higieny dazyl doswiadczen mistycznych. Wiec jebalo od niego strasznie, gorzej niz z murzynskiej chaty. Na ulicy z tego smrodu ludzie usuwali mu sie z drogi a on myslal ze to przez szacunek i ogolne uznanie jego swietosci. W mlodosci ambitnie jogi sprobowal, ale ze jako nigdy lopata nie robil, bo len byl straszny, takze przy pierwszym cwiczeniu cos mu tam w plecach chrupnelo, troche zabolalo, machnal na to wszystko reka i za joge w zyciu sie juz nie wzial. Na wspolnych medytacjach wraz z innymi swietymi tez tylko udawal. Mruzyl tylko oczy i myslal kiedy sie ta farsa w koncu skonczy. A jak czasem probowal to i tak od razu w myslach pojawiala sie butelka jego ulubionego rumu Old monk. A kawalek ucha nasz sadhu stracil gdy wraz z kolega truskawki kradli. Ze smacznych truskawek jednak nie zrezygnowal, lecz ostatecznie na szaber w kasku chodzil. W asramie unosil sie zapach haszyszu i blogiego jasminu z kadzidelek buchnietych przez medrca z pobliskiej swiatyni, do tego zapach kurzego gowna z okolicznego kurnika.
W szalasie plonelo swiete ognisko. Usiedli naprzeciw siebie w pozycjach kwiatu lotosu. W milczeniu dlugo patrzyli sobie w oczy, w poswiacie czerwonego ognia. Sadhu w konu przemowil. A mowil glosem sciszony, lecz donosnym, powolnym i majestatycznym.
GU means DARKNESS
RU means LIGHT
GURU from DARKNESS
bring you LIGHT
I tak rozpoczal sie proces inicjacji. Uczen podazyl za glosem swego Pana. I zobaczyl on w koncu swiatlo w tunelu swej marnej egzystencji. Spadl wtedy deszcz. A jako ze sadhu nie zajmowal sie niczym poza zebraniem, drobnymi kradziezami, piciem rumu, czarna magia i filozoficznym pieprzeniem glupot, to szalas zaczal przeciekac. Swiety probowal czasami latac swoj asram wysuszonymi skorkami bananow z pobliskiego smietnika, lecz nic to nie dawalo gdyz bananowe skorki podbieraly w nocy kozy. I tak cala noc kapalo im na nosy. Im blizej bylo switu tym mlodzieniec blizej byl poznania niezbadanych tajemnic swiata. Oczy mial zamglone i szkliste lecz zrenice niewiarygodnie rozszerzone. O poranku mlodzieniec slanial sie juz przesiakniety naukami swiatlego starca, przesiakniety miloscia do starca, samego siebie i calego swiata. Osiagnal meritum istnienia i polaczyl sie z nieznanym. Tuz o pierwszych promieniach poranka sadhu podal mu swiete chillum wypelnione haszyszem. Nowicjusz zaciagnal sie gleboko i zaczal lewitowac. Jego cialo unioslo sie nad ziemia. W czasie gdzy mlodzieniec polaczyl sie z nieznanym i unosil nad powierzchnia ziemi swiatly starzec przetrzepal mu kieszenie. Niestety chlopiec wszystko zostawil w swym hotelu. Czym podkurwil swietego sadhu doszczetnie. Kiedy mlodzieniec polaczyl sie z nieznanym i poznal Najwyzsza Prawde z hukiem opadl na zawszony siennik i glosno pierdnal. Swiatly starzec podlubal sobie w nosie, po czym ulepil sobie kulke a ze byl przed sniadaniem to koze polknal i sie oblizal. A chlopiec coz.... nad ranem dostal od swojego duchowego mistrza dosc mocnego kopa w dupe. Po czym wylatujac z asramu wpadl do dosc grzazkiej gnojowki, wypelnionej krowim lajnem w ktorej wesolo taplaly sie chrzakajace swinki. I tak patrzac sie bezwiednie w przestrzen sam juz nie wiedzial czy ta przestrzen to czas czy ten czas to przestrzen. Gdy tak siedzial w tym bagnie, z szalasu wylacial dlugi trojzab czy tez widly oklejone zlota tasma i zdzielily go w leb. Po czym chlopak znowu zobaczyl gwiazdy w bialy dzien i odlegla galaktyke w ktorej jeszcze nie byl. Sadhu chrzaknal, potem charknal po czym zamiast blogoslawienstwa, wyladowala na czole mlodzienca zielono-zolta flegma przesiaknieta starym jogurtem, rumem i smierdzacym tytoniem. Po czym zlapal za ogon podbierajaca bananowe skorki koze i zaciagnal ja do szalasu. Wzial ja szybko i brutalnie od tylu. A jako ze lubil piescic kobiece piersi, mocno scisnal ja za wymiona. Poplynelo kozie mleko, a jako ze w Indiach goraco, z mleka szybko zrobil sie ser. Tak wiec na dodatek zaczelo w asramie jebac kozim serem. A koza beczala i beczala. I niewiadomo czy z bolu czy tez z rozkoszy. Bo ktoz tam wie kiedy koza beczy to czy jej dobrze czy jej zle. Po zaspokojeniu swych naturalnych potrzeb takze i koza dostala dosc mocnego kopa w dupe, po czym wyleciala z asramu. Odeszla dotknieta, zraniona i znow wykorzystana. Odeszla.... odeszla ze lzami w oczach.
Chlopiec mial w sobie moze jakies ukryte talenty, duzo pozytywnej energii i ogromny potencjal lecz niestety wszystko to przejal zly sadhu. Szukajac jak najszybszej drogi do doswiadczen mistycznych spotkal na swej drodze niewlasciwa osobe. Silne pragnienie zrozumienia siebie i swiata wpedzilo chlopca w spirytualne tarapaty. Nieroztropnie wybral na swego duchowego mistrza postac czarna mgla owiana. Bowiem czarnoksieznik byl z plemienia Aghori. A Aghori to nieustraszeni adepci czarnej magii. Postacie mieszkajace na cmentarzach tuz przy krematoryjnych placach. Z prochow ludzkich cialo swe pokrywajacy szarym calunem. Tym postaciom nieobca nekrofagia. Postaciom wylawiajacych swe pozywienie z rzek, niedopalone z pogrzebowych stosow. A ich rytualne spozywanie miesa cial zmarlych jest symbolem transcendencji i wszechprzenikajacej jazni.
I ja tez jako gleboko uduchowiona numerologiczna siodemka, podatny jestem na zle wplywy ktore jak diabel czaja sie dookola. Niejeden kraweznik tulil mnie do snu,choc w alkoholowym zamroczeniu nie do konca musial, nie raz w kasynach przegrywalem swoje ale czesciej nie swoje pieniadze, w burdelu moze i nie bylem bo zawsze kiedy juz chcialem to troche mi brakowalo. Tez dzieki pewnym zlym wplywom udalo mi sie nieswiadomie , gdzies w dalekiej Orissie, spedzic w asramie Aghorich, pewna indyjska ciepla noc. Wokol asramu trwala pozoga dogasajacych stosow ludzkich wciaz tlacych sie zwlok, asram wypelniony byl ludzkimi koscmi i trupimi czaszkami A po swietym chillum noc stala sie noca zywych trupow przy ktorym pieklo wydawalo sie rajem. Iscie przykre to bylo towarzystwo i dziwny sposob poznawania swiata. Jednak dzieki silnym barierom sceptycyzmu, nie udalo Aghorim, przeniknac w moje mysli.
Doswiadczenia z narkotykami pokazaly chlopcu pewne drzwi percepcji, lecz tych drzwi nie mozna przekroczyc za ich pomoca. On o tym wiedzial i szukal innego sposobu do ich przekroczenia. Jednak wybor niewlasciwego duchowego mistrza sprawil ze tuz przed tymi drzwiami wpadl w przepasc. W przepasc z ktorej juz nie mozna sie wydostac.
Te historie opowiedzial mi pewnej nocy pewien hinduski starzec o dlugiej siwej brodzie, ktory juz nie jedno na Paharganju widzial. I kiedy tak pilismy kolejny czaj dosc pozno juz w nocy, wtedy on, przeszedl obok nas. Lecz nas nie widzial, bo zobaczyc nie mogl. Mozna go czasem zobaczyc w jednej z wielu uliczek Paharganju, przejdzie obok prawie nagi, ze zlotym trojzebem czy tez widlami, i z obledem w oczach podrapie sie po glowie, zje cos ze smietnika, popije woda z kaluzy i idzie dalej, gdzies w swoj swiat.
I tylko bog raczy wiedziec...... po huj mu te widly.
Mediolanski bigos
Poszedlem sobie do kantoru wymienc dziesiec baksow. Kolo mnie stala wloszka ktora zaczepila mnie pozniej na ulicy. Cos tam jej sie z kasa nie zgadzalo, ale to byl kit. Ja tam Bradem Pittem nie jestem ale od czasu do czasu cos sie do mnie przyczepi. I wlasnie sie przyczepilo na srodku tego piekla Main baazar. Byla ladna, dojrzala, seksowna kobieta. Nie raz juz w Indiach byla, miala jakies tam zyciowe rozterki i jezdzila sobie po jakis osrodkach medytacyjnych, rozwoju duchowego, autohipnotycznych, reiki i innych cudach. Czegos tam szukala i wygladala na taka co to cial astralnych w zupie mlecznej szuka. Gadala o zrozumieniu swiata. Lecz w rzeczywistosci szukala huja do dupy. I akurat musialo na mnie trafic. Na srodku tego piekla Main baazar. I kiedy ona tak sobie gadala, i gadala to patrzylem jej gleboko w oczy ze zrozumieniem tego swiata, powoli przenoszac sie do jej hotelu, i powoli rozpinajac zebami jej jedwabna bluzeczke jednoczesnie dotykajac kruczoczarne wlosy jedwabne jak ta bluzeczka. Kiedy nagle.... cos tam zajeczalo, cos tam zabeczalo, i juz sam nie wiedzialem czy to ta koza czy to ten Jack. Kiedy sie odwrocilem juz tego nie bylo. Szybko pozegnalem sie z wloszka, po ponadgodzinnej rozmowie, bo dobrze wiedzialem jakby sie to skonczylo. A skonczylo by sie tak.
Dzisiaj wieczorem wyladowal bym w jej sypialni, a za kilka dni tez w jej sypialni i w jej spizarni w tym jej calym Mediolanie. Na poczatku bylo by cudownie, wspolne spacery po parkach, karmienie golebi bulka, moczenie nog w mediolanskich fontannach, pikniki nad rzeka. Seks promieniowal by magia, bliskosc cial i ich ekstatyczne uniesienia dawaly by poczucie bezgranicznej euforii szczescia. Lezelibysmy tygodniamy w lozku w przekonani ze juz nic do szczescia nam wiecej nie potrzeba a sprzyjajacy splot okolicznosci sprawil ze odnalezlismy sie gdzies w dalekich Indiach. Bo to bylo nasze przeznaczenie. Lecz to trwalo by jednak do czasu. Po kilku miesiacach widac by juz bylo tylko rownie pochyla. Cos by tam na poczatku brzeczec zaczela o jakiejs pracy. A juz duzo pozniej wychodzilbym z domu tuz przed jej przyjsciem i przychodzac dwie godziny pozniej mowilbym ze lipa ale czekam na telefon. Seks nie sprawial by juz dawnej przyjemnosci do ktorego dochodziloby tylko po wspolnym upiciu sie gdyz ani jedno ani drugie nie mogloby juz na to drugie patrzec. Rozka tez by juz nie chciala chapac tak jak na poczatku, teraz sila trza ja bylo zmuszac a kiedys to od tego wszystko zaczynala. I razu pewnego kiedy zjadlbym jej wszystkie trufle ze spizarni, kota by dostala i awantura na calego zem pijak, zlodziej i len. Co len, sama przeciez mowila na poczatku ze pieniadze w zyciu to nie wszystko, no pijak a tam od razu tak jak by sama se codziennie czegos nie chlapnela z wieczora, a zlodziej to juz by przesadzila,toc sama mowila ze mam sie wszystkim czestowac i czuc jak u siebie w domu, a teraz ze zlodziej, to jej mowie - nie rob scen kobito jakies gupie trufle, kupi sie swiniaka, ze dwa trzy dni sie go przyglodzi, na kopach do lasu i samo sie nazbiera, przeciez to rosnie wszedzie jak chwasty tyle ze pod ziemia. A ona dalej swoje zem gupi. Na papierosy tez juz by nie dawala, swoje by chowala to trzeba by bylo chodzic na ulice cos wysepic albo zbierac na okolicznym przystanku smierdzace pojary. Oboje przeklinalibysmy juz wtedy ten zasrany dzien naszego spotkania w Delhi. Dzien w dzien by wyzywala,ze zmarnowalem jej zycie, ze sie na mnie zawiodla, ze dawala mi szanse, ze czuje sie zraniona i wykorzystana jak nigdy, ze juz tak nie moze zyc, ze myslala ze sie zmienie , ze jestem inny, ze ufala, ze wierzyla .... a poszla mi won. No i wkoncu peklo by to wszystko wpizdu, kiedy grajac w karty i pijac wino z okolicznymi wloskimi lumpami dosc wczesnie rano, ta by stanela w drzwiach. Furia i blyskawice. Won z mego domu. I wszyscy na kopach na ulice. Jeszcze z okna darlaby ryja, ze Pollako porka putana.... Ruszylbym wtedy pod jedyny adres jaki znalem we Wloszech. Pod most tuz pod Watykanem gdzie sobie mieszkala dosc prezna ekipa chlopakow z Andrychowa. Mieszkali tam sobie i bigos na ognisku gotowali. Chlopaki slyszac nastepna historie kolejnego zyciowego wykolejenca przyjeli by do swego krolestwa gdzie hierarchia wartosci znaczyla by ilosc gwaltow, kradziezy i poderznietych gardel. Wiec na poczatek wyladowalbym na samym dnie, lecz wszystko byloby lepsze od wysluchiwania glupiej cipy ktora ciul wie czego ode mnie chce. I jadlbym tak sobie ten bigos ze znalezionej aluminiowej menazki, i nadgnilej kapusty wyrzucanej z okolicznych bazarow i marketow, popijac wino z wyzebranych lub ukradzionych pieniedzy przez mych pobratymcow. A ze nie chcialem jesc bigosu pod mostem przy Watykanie, pozegnalem sie z wloszka i poszedlem na dworzec kupic sobie bilet do Bangalore. Dziekujac bogu ze cos tam zabeczalo i juz niewazne czy to ta koza czy to ten Jack.
Majac psychicznie juz dosc Paharganju, stwierdzilem ze pojade sobie obadac stara tybetanska dzielnice Tikka malai w poludniowym Delhi na ktorej tez mozna mieszkac a na ktorej jescze nie bylem. Wbilem sie wiec w niedawno powstale metro. I prosze jaka niespodzianka, metro eleganckie, czysciutko, nikt nie charka, nikt nie pluje, nikt nie sika, nikt nie zebra calkiem inne Indie tam w metrze, az mi sie nie chcialo wychodzic. Czytam instrukcje obslugi metra a tam- dzieci do dziewiedziesieciu centymetrow gratis czyli kanary chodza sobie z metrowka i dzieci sobie mierza. A na scianach - zakaz plucia pod kara dwustu rupii. A jak nie masz dwiescie rupii to dwiescie kijow na garba i tyle sobie poplujesz. Docieram na Tikka malai, fajnie cicho, spokoj, male waskie uliczki, chodza sobie tybetanskie mniszki, mnisi... no moze nastepnym razem bo teraz czas sie zawijac. Ide sobie rikszy szukam, patrze a tu Hindus strzela sobie w bialy dzien fajerwerkami i to pod slonce i sie dziwi ze nic nie widac. Wystrzelil juz wszystkei i nic nie zobaczyl. Kase wtopil i tylko glodny zostal. Pomyslal ze go oszukali i poszedl sie klocic o swoje.
Wrocilem w koncu do swej nory na Paharganju, Mary sobie lezy, francoz rowniez, japonczycy sie krzataja. Pytam japonczykow gdzie ta sierota. - A w kiblu. Zjadl na miescie jakies gowno i sraczki dostal, szybko nie wroci. A to milo, milo. Polozylem sie na pryczy, wieczor sie zbliza niedlugo wyjezdzam i tak sobie dumam jak mu sie tu naprzykrzyc na pozegnanie. No i mam. Zebralem wszystkich w kupe i tlumacze. Jest taki staropolski obyczaj, ze na kazdym obozie wybiera sie ofiare. I najlepiej zeby to byla ofiara ktora strasznie sie wozi, innym sie naprzykrza i wogole co to nie on. Najlepiej zeby byl z dobrego, bogatego domu. Bierze sie wtedy delikwenta sciaga z wyra w nocy cala kupa i rzuca mu sie koc na glowe. I tu potrzebne sa rekwizyty do tej rozrywki a mianowicie reczniki. Zawija sie na reczniku duzy supel a drugi zwija sie posrodku w dwa rulony. To burak i marchewka. Moczy sie je w wodzie a potem lupie sie gagatka pod tym kocem noc cala ile wlezie. To kocowa. A regulaminie obozowej kocowy spisanym jeszcze przez ksiazat Piastowskich, mozna odnalezc zapis ktory mowi ze bialoglowa jesli sie spoci i reka jej sie zmeczy, co by na pryczy bezczynnie nie siedziala moze a wrecz musi nekanemu nogami po glowie skakac. Mary bardzoosie spodobal zapis ksiazat piastowskich. Tuz przed switem nalezy przestac co by menda nie wiedziala co kto i jak. A rano jak by sie pytal, to mowic -
- niewiem w swiatyni bylem, modlilem sie
- chory jestem spalem
- bylem w burdelu wlasnie wrocilem
- albo najzwyczajniej w swiecie , - won szmaciarzu
Wszystkim sie ten polski obyczaj spodobal bardzo i postanowili wcielic go w zycie nocy dzisiejszej. Dostanie sie mu wiec za tego biednego wielblada ktorego jeszcze nie dosiadl i moze nie dosiadzie.
Przed pociagiem wskoczylem jeszce na internet cos sprawdzic. Juz wychodze, wstaje, patrze a tu znajoma strona. Nasza klasa - czyli ziomek. Juz mialem cos zagadac ale eh...pomyslalem wy i ta Wasza klasa. Nie chcialem mu przeszkadzac w indoktrynowaniu siebie poprzez udokumentowywanie zdjeciami i opisami kolejnego dnia jego pieprzonego zycia. Wiec czym predzej pobieglem na New Delhi Railway Station. Pociag na peronie stal, jednak mial z kilometr dlugosci. W tym calym, tloku, halasie i tumanie kurzu nie udalo mi sie odnalezc mojego wagonu, przedzialu. Wiec juz w biegu wskoczylem do wagonu ostatniego.
I wtedy wlasnie na peron wpadl Jack. Patrzac na odjezdzajacy pociag caly sie obsmarkal. A za Jack'iem wpadla zezowata koza. Najpierw zawarczala, potem zabeczala a na koniec sie rozbeczala. Z ostatniego wagonu pociagu pomachalem i brudna chustka do nosa i odjechalem .... w ciemna , indyjska, gwiazdzista noc.
Kolacja z Jack'iem, zezowata koza i wkurwiony wielblad
Niestety, wieczorem za namowa Jacka wyladowalismy ze sliczna Mary i tym debilem na kolacji w Golden cafe. Ja wzielem sobie pyszny ryz z warzywami, Mary pyszny makaron tez z warzywami a ten kretyn jakies gowno.I po pierwszym kesie stwierdzil ze nie jest glodny. Mary co sie w Kaliforni urodzila, zjadla piwem popila i ze kulturalna dziewczyna byla to ani nie beknela ani nie pierdnela . A ten chyba tak, moze nie beknal ale nagle cos zasmierdzialo. Zrobil to z partyzanta ale i tak wszyscy wiedzieli ze to on. Konwersacja tez byla nudna. Patrzylem sobie na krowe stajaca w wejsciu do knajpki ktora odganiala od siebie ogonem muchy. A Jack probowal omamic swa niskich lotow elokwencja i eurudcja Mary. Do przemierzania swiata wystarcza slowek kilka takich jak - eat, sleep, drink and fuck, to za bardzo go nie kumalem. Ale Mary znala ich duzo wiecej i tez nic nie kumala. Skonczyly mu sie w trakcie jego monologow proznych jego szlachetne light Marlboro. Rzadko widac w Indiach na ulicy kretyna co by to palil, a do tego jeszcze spiacego w dormie ktora kosztuje troche ponad polowe tego. Normalny czlowiek pali sobie fajki za rupii pietnascie albo bidi. Tyton skrecony w lisciu i zwiazany nitka za kilka rupii czyli nic prawie. A bidi dlatego ze to dla biedy ale i tak smaczne. Akurat znalazlem okrutne Charminary za rupii dwanascie i pol, smaczne i bez filtra. Przy pierwszej paczce mozna bylo polemizowac nad jakoscia lecz juz przy drugiej uwydatnial sie z nich szlachetny smak, zapach i aromat. Jack zapragnal sie poczestowac.- Smoke, Jack, smoke ... Jack byl odwazny i dosc gleboka chmure sobie zapodal na sam poczatek. Wyszlo ze za dosc gleboka. I chyba nie byl przygotowany na taka lokalna atrakcje. Bo najpierw zbladl, potem sie zakrztusil i oczy wyszly mu z brytyjskich orbit a z nosa dwa gile a potem caly sie obsmarkal, farbowane wlosy stanely deba, a z uszu poplynela zoltawa posoka. Trza bylo patafiana woda i lodem cucic. Poczul chlopiec indyjski folklor. Kiedy wychodzilismy z knajpki na domiar zlego udalo sie jeszcze Jack' owi zrobic dosc pokaznych rozmiarow kleksa na jego nowiutkich bialych pantalonach firmy Tutti-Frutti. Wstyd mi bylo za niego i Mary tez bylo wstyd. Iscie przykra to byla kolacja.
Kiedy wyszlismy w koncu z tej knajpki dosc egoistycznie podszedlem do sprawy, znikajac w pierwszym lepszym zaulku patrzac zza rogu, czy Jack spostrzegl moja ucieczke. Coz Mary robilas nepalskie trrekingi, powinny wiec czegos cie nauczyc. Bo trreking to nie tylko gorska wedrowka lecz takze umiejetne unikanie idiotow na szlaku.Gdzie za bardzo nie idzie zniknac w tlumie lub bocznej uliczce. Kiedys takiego spotkalem gdzies w Himalajach pomiedzy Lukla a Namche baazar. Uczony on byl. Harward ukonczyl. Politolog zasrany.Kiedy tak siedzielismy po ukonczonej wedrowce w starej zadymionej tybetanskiej chalupie u poczciwych szerpow oczekujac wieczornej strawy w postaci soczewicy z ryzem to kretyn wypytywal o jakies wyzsze i nizsze izby w naszym parlamencie, jakies pkb, jakies inflacje i czegos tam infrastruktury. Mowil tez cos o jakis woluminach na forexie ale do tej pory niewiem co to jest i nie chce wiedziec. Tuz przed wschodem slonca i jeszcze o zmroku by uniknac politycznego breakfastu zmylem sie pod oslona tego mroku szybko na szlak.
I kiedy tak stalem za tym rogiem, nagle ... cos tam zabeczalo, patrze a tam zezowata koza szczerzy na mnie kly. Ucieklem dalej brnac w uliczke poczym wdepnelem w krowie lajno. No i sie zgubilem. A potym sie odnalazlem lecz nie bylo sensu wracac do hotelu gdzie byl Jack. Pozatym na piwo nie mialem ochoty i Mary tez nie miala. Lecz za namowa debila sie skusilismy a na to skusic sie najlatwiej. No wiec jak to bywa ssanie sie wlaczylo juz po jednym wiec trza sie pojsc gdzies dopic i dochlac do konca. Patrze a najednym z dachow jakas knajpka Top roof cafe. Wiec pakuje sie tam, ale najpierw do kibla obmyc noge z krowiego placka. Zamawiam niezbyt dobrego Kingfishera. Piwko jest w butelce 0,7 l , ale przynosza z kuchni w pollitrowym kuflu a jak skonczysz to ci dotego kufla na zapleczu dolewaja pozostala resztke. Robia tak gdyz tanie knajpki nie maja lincencji na alkohol i butelka nie moze stac na stole. I tak wszyscy o tym wiedza lecz pozory musz byc. Troche mnie irytuja te dolewki bo niewiadomo co taki hindus dolac tam moze. A geneza mych obaw tych dolewanych dolewek jest taka:
Jakis czas temu kiedy rasa biala zaczela masowo przybywac do kraju orientu w celach podrozno-poznawczych dosc szybko zorientowala sie ze paciorek wykonany z pestek drzewa Tap-Tap, wywolujacy poczucie wiecznego szczescia i zadowolenia, wcale nie musi kosztowac tysiac piecet rupii lecz moze kosztowac rupii piec gora piec piedziesiat. Po za tym odkryli ze moga sami sobie te pestki wylowic z kaluzy pelnej jakiegos szamba pod drzewem Tap-Tap. Kto sie nie brzydzil to zrobil sobie paciorek. Dal do poswiecenia miejscowym kaplanom za co laska czyli prawie nic i bylo gotowe. A dzieki silnie stosowanym afirmacja uczucie wiecznego szczescia i zadowolenia faktycznie sie pojawialo. Hindus odkrywszy ze rasa biala nie jest jednak taka tepa jak na nia wyglada, straciwszy duze zyski z paciorkowego interesu wpadl na bardziej brutalna forme wyludzania pieniedzy. A mianowicie podtruwania swych turystow w hotelach, lodgach, guest housach. Dosypywano wiec turystom rozne swinstwa do jedzenia, przychodzil dobry doktor, i bezczelnie wyludzal ile mogl z jego ubezpieczenia i tyle. Paru przyplacilo to ponoc zyciem. A stolica tego procederu byla ponoc Agra gdzie kazdy pajac pchal sie najpierw, co by sobie fotke pstryknac pod Taj-mahalem ktory nie jedno widzial. Gdyz jak go budowano to nie jednemu biedakowi spadl na plecy taki marmurowy klocek w imie milosci cesarza Szahdzahana do swej i tak zmarlej zony. I tyle bylo biedakom po tej milosci. A reszcie ktora to budowala i cudem przezyla cesarz poodcinal lapska by juz wiecej takich gupot nie robili.
Wiec trzeba uwazac co tam na zapleczu dosypuja czy tez dolewaja bo to cyganski jest narod. A Cygan to te wedrowiec. I kiedys ten Cygan tak sobie z Indii przywedrowal na pewne szczecinskie osiedle i tam pod balkonami garnki jakies i patelnie dziurawe sprzedawal, po cenach dosc mocno zawyzonych. Mimo ze to komuna ciezka byla to kazdy Polak mial juz wlasny kociolek. A ze Polak nie glupi to po co mu byl drugi. Nie zrobil wiec Cygan w Polsce kariery wiec ruszyl na Rzesze. A ze Niemiec glupi to Cygan szybko sie tam ustawil, choc z Niemcem sie tam nie zakolegowal. Bo co to za kolega co to cie moze podejsc chylkiem od tylu i hop siup do pieca, tym bardziej ze Cygan troche juz podkopcony. Tak wiec Cygan woli Polaka a Polak Cygana od Niemca. Cygan okradnie i oszuka a polak sie wodki napije i tez tylko okradnie. A Niemiec to od razu do pieca. A nie daj boze kolo Niemca przejdziesz a bedziesz mial nos garbaty, to juz po tobie i tyle.
No ale starczy o tych Niemcach bo to Indie, a zamykaja ta bude i do tej nory trza wracac. Wchodze w koncu do tej nory, Mary slodko sobie spi, japonczycy tez, tyle ze w opakowaniach, tylko ta menda glosno chrapie, wyluzowana ze jednak ktos przy nim jest. Klade sie spac i za pietnascie minut wstaje siku. Chyba jednak cos mi tam dosypali bo chodze to tego kibla jak potluczony a przeciez to byly tylko trzy duze browary. Oczywiscie wina to byla tego pajaca i jego pajacowate pomysly. Za jedenastym razem, wiem bo liczylem, przechodzac kolo jego lozka, myslalem ze zdziele go w leb tym jego przewodnikiem Lonley planet do ktorego byl przytulony jak do maminego cycka. Jakos tam jednak w koncu zasnelem. Ale od rana mnie wkurwil. Ledwo otworzylem oczy, stal nade mna proponujac wspolna wycieczke do muzeum. Szkoda ze kija nie mialem, mial lalus farbowany szczescie. I tak sobie mysle. Paulo Cohelo nie jestem jakims specjalnym fanem ale czasem cos fajnego powie. A powiedzial kiedys - jesli jest gdzies w jakims nowym, miejscu, miescie to nie idz tam do zadnego muzeum jesli cie to nie interesuje. Idz sobie do zwyklego podrzednego baru, gdzie sa sami miejscowi. Tam poczujesz klimat danego miejsc i nasluchasz sie barwnych opowiesci. Jako ze od dziecka lubilem podejrzane speluny calkowicie sie z pawlem zajacem zgdzam i pierwsze co robie ide do miejscowego baru. Tu mial pawelek racje genialna. Sa jednakze na swiecie ciekawe muzea ktore chcialbym odwiedzic. Jednym z nich jest muzeum piktogramow, kregow zbozowych w poludniowej anglii, w Avebury. Bylem tam juz nawet pod drzwiami ale mnie nie wpuscili bo jakos pieniedzy wtedy nie mialem, ni funta. Taaaa, ale przeciez ten caly Jack ciagnal mnie pewnie do jakiegos muzeum z garnkami. A przeciez nie przyjechalem do Indii zeby w Delhi jakis garnek ogladac. I do tego za szyba. Bo on niby z dziesiatego wieku. Mary sie jednak skusila a wieczorem wrocila... wkurwiona.
Jako ze byl to poranek to wszyscy krzatali sie pomiedzy dormitoryjna sala a lazienkami. A Jack zapodal najnowszy ze swych infantylnosci pomysl stulecia. Zdradzil ze chce jechac do Rajastanu na pustynne safari i sobie tam na wielbladzie pojezdzic. I oczywiscie wysmiali go wszyscy. Naogladala sie osla laka w domu kanalow przyrodniczo-podrozniczych i mysli ze to takie fajne, a to takie przykre. Dla wielblada oczywiscie. Bo nie dosc ze wielblad wkurwiony ze caly dzien idiotow na garbie musi wozic, spocony przy tym jak prosiak to jeszcze fleszem po oczach dostanie jak sie temu czy owemu przyciski w aparacie pomyla w ten owy dzien sloneczny. Slonce, upal, pic strasznie mu sie chce, to jeszcze, gdy tylko turysci sie gdzie odwroca, kopa na poped dostaje zeby sie streszczal i szybko rundke skonczyl, by nastepnych idiotow po pustyni przewiezc a inaczej to kasa ucieka. Poza tym wyrzucony w bloto hajs, bo co to za atrakcja, slonce, piasek i wkurwiony wielblad. Mogl sobie ten caly Jack, juz w brzuchu matki pepowine przegryzc i sie tam utopic, wiekszy pozytek bylby dla swiata i dla biednych wielbladow. Mialem go dosc, wyszedlem na miasto.
I ledwo wyszedlem z hotelu a juz sie przyczepil jakis zebraki cos chce. Zwyzywalem go po polsku -zeby sie odjebal i nie wkurwial od rana. A jakis taki zly humor od rana mialem. A to przez no wlasnie te, pieniadze, pieniadze. Ktore jakos w czerwcu pozyczylem bardzo dobremu koledze z Amsterdamu na na kilka tygodni. I tak juz przez pol roku slysze ze za dwa tygodnie. A kiedy wczoraj zadzwonilem, bo teraz sa mi naprawde juz potrzebne, to on mi mowi bezczelnie ze musze poczekac a jak nie mam to niech sobie od kogos pozycze. Jak stracic , dobrych kolegow, znajomych, przyjaciol ? Pozyczyc im pieniadze, stracicie i przyjaciol i pieniadze.
No ale jakos zawrocilem bo sie zreflektowalem, i dalem temu zebrakowi dwadziescia rupii zeby sie nie gniewal ze go zwyzywalem. Pewnie sie nie gniewal ale mi bylo lepiej bo co na ulicy ludzi z rana wyzywam bezsensu- przeciez to nie jego wina ze ja mam problemy bo ktos ma mnie w dupie.
Poranny usmiech wloczykija
Rankiem obudzila mnie wprowadzajaca sie do naszej nory amerykanka Mary. Sliczna dziewczynka ktora przerezala przez ostatnie pol roku cale Indie i Nepal. W dormie oprocz nas nie bylo juz nikogo, wszyscy zmyli sie na miasto. Nie chcac jej przeszkadzac w rozpakowywaniu babskiego burdelu z plecaka, tez sie zmylem. A jako ze nie mialem ochoty za szybko jakiejs sraczki dostac jedzac cuda z okolicznych straganow uderzylem do sprawdzonej knajpki Golden cafe. Knajpka wygladala tak jabym z niej wyszedl dokladnie dziewiec lat temu. Pare brudnych stolikow i tyle, ale jedzonko smaczne. Makaron z warzywami popilem sobie mleczna kawa i spowrotem na baze. Pod hotelem spotkalem francuza, pogadalismy pokurzylismy kiedy to nieszczescie do nas podeszlo. To byl Jack i od razu go nie polubilem. Mial ze dwadziescia piec lat i pochodzil z Oxfordu. Mial na bialo farbowane czy tam tlenione wlosy, tego to niewiem bo nigdy sobie takiej glupoty na glowie nie zrobilem, beznadziejne okulary w czerwonych oprawkach, co mu sie pewnie wydawalo ze panny na to leca. I wygladal na niezlego debila z dobrego i bogatego domu. Spytal skad jestesmy i gdzie jedziemy, bo on do Rajastanu ale dopiero jak spotka jakis ludzi. Od razu bylo wiadomo ze wyobrazal sobie bog wie co za wyprawe a teraz sral po gaciach szukajac ludzi do realizacji swych kretynskich pomyslow. A gadajac z nami udawal luzaka. Od razu go tez wyczulem ze to taki rzep na psim ogonie bardzo mocno zakleszczony co to zeby sie go pozbyc pies musi sobie jedynie ten ogon odgryzc. Grzcznie sie pozegnalem odchodzac w swoja strone a francuz w druga. Jack zostal sam i nie wiedzial dlaczego. A dlatego bowiem ze nawet nie slyszal o ...
o starej trawelerskiej szkole typow, ktorzy ruszaja w swiat, pierdolac gleboko w czapke kapitalistyczna hipokryzje ekspansywnie wrzynajaca sie w kazdy najintymniejszy zakamarek jego ciala, duszy i umyslu w jego ojczystym zachodnim kraju, typow co to ruszaja w swiat z dziurawa sakiewka, caly czas mowiac ze wlasnie go okradli. Co znajdzie lub co mu dadza to zezre, a gdzie sie pierdolnie tam zasnie. I gleboko gdzies ma cala ta malarie, moskity i caly ten malaron. A przechodzac przez zapomniane wioski poznaje nowe kultury przez oferowane mu dziewice przez starszyzne wiosek myslacych ze ot sie gratka trafila i cos z tego bedzie . A huja tam bedzie. Poranny usmiech wloczykija bedzie. Zagwizda im jedynie na swej fujarce, lecz co im biedakom po tej jego fujarce. Zostana tylko lzy rozczarowanej dziewicy, ktorej nikt juz na tej wsi nie bedzie chcial ruszyc ani kijem ani palcem ani czymkolwiek. Ogladac wiec bedzie wczorajsza dziewica znikajacy na horyzoncie tobolek swego niedoszlego meza i znikajacy na horyzoncie niedoszly bialy dobrobyt. Rzewnie zaplacze i pomysli.... - Zas kurwa zostal syf i ta jebana smierdzaca wiocha. Sadzenie ryzu w tym calym gownianym blocie i dojenie brudnych bawolow. A mialo byc tak pieknie. Od ojca dzien w dzien kijem po plecach. Za to ze bezuzytecznie dupy dala i wstyd na cala wioche po wieki wiekow bo gadac beda do konca swiata. Szaman wioski wil sie, i rzucal za nim zaklecia. Lecz wloczykij mial te jego zaklecia gleboko w dupie. Pierdnal sobie tylko w jego kierunku wczorajsza darmowa wieczerza. I szedl tak sobie do nastepnej wioski bo ta juz spalona na amen. I tak przez swiat od wioski do wioski. Przyspieszyl tylko kroku bo glodny byl a w tej juz sniadania nie dali.
Nie, Jack takich historii nie uslyszy bo... nigdy do glowy mu nie przyjdzie najzwyczajniej w swiecie isc sobie na taki delhijski dworzec, wbic sie tam w pierwszy lepszy pociag w ekonomik class, gdzie kanar rzadko wchodzi bo sie tego wszystkiego po prostu brzydzi, wiec moze sie uda. Usiasc w otwartych drzwiach pociagu, cos tam sobie zapalic i jechac w cholere huj tam wie gdzie i ze tylko wtedy jest naprawde fajnie. Wielu o tym wie, lecz on nigdy sie o tym nie dowie bo nikt mu nie powie, a sam na to nie wpadnie.
Nie, Jack takich historii nie uslyszy bo ... brzydzil by sie takiemu reke podac, z niesmakiem i politowaniem spojrzalby na wystajacy z buta palec wedrowca, ominal by go lukiem szerokim, myslac ze sie czyms zarazi albo go okradnie. A to chodzace kompendium wiedzy o zapomnianych i nieutartych szlakach i goscincach, bijace naturalnym cieplem najprawdziwszej podrozy. Z takim nic tylko usasc na krawezniku tytoniem poczestowac, gorzalki sie napic i sluchac bajan co na owych szlakach i goscincach piszczy.
Nie, Jack takich historii nie uslyszy bo.... bo Jack jest kretynem czytajacym wydawnictwo Lonley planet i jadac w podroz spotyka rownych sobie kretynow bo spotykaja sie w rownie kretynskich hotelach. Przewodniki mowia im co jesc, gdzie spac, gdzie srac, i czego sie bac. Wiec jedni i drudzy szafuja wiedza z owej ksiegi zdobyta. Znaja daty powstania miejscowego dworca, na ktory sobie prosty Hindus zwyczajnie sika i od frontu i od tylu, dlatego tam smierdzi, i znaja tez adres miejscowego zoo i jak sie tam najszybciej dostac. Spotykaja sie w tych samych hotelach i klepia te same bzdury tam wyczytane. I wszyscy sa zdziwieni ze tak swietnie sie ze soba dogaduja.
Na Paharganju
W samolocie nie dzialo sie nic szczegolnego. Hinduskie stewardessy byly stare grube i brzydkie. nie pisalbym o nich zle, lecz wyraznie sprawialy wkurwionych ta robota. Strach bylo o cos poprosic. Jedyne co sklonilo by mnie do ponownego skorzystania z uslug linii lotniczych Air India, to urocza polska blondyneczka dla owych lini pracujaca. No i uczciwa cena jak byla i tym razem. Na korzysc tych lini przemawia takze fakt, ze samolot ten nie rozpierdolil sie przed startem, ani po starcie ani wogole sie nie rozpierdolil. Jak wystartowal tak przyladowal. Pod lotniskiem stoja jakies taksowki, lecz w takim komforcie odczuwalbym pewien dyskomfort wiec wbijam sie w lokalny autobus za rupii calych piedziasiat. A jako ze genialni Hindusi zamiast kierunkowskazow uzywaja klaksonow to podroz do Connaught place odbywa sie w harmidrze, jazgocie i chaosie.Kto ma glosniejszy klakson, tym jest szczesliwszy i wyzej stoi w ulicznej hierarhii. Droga prowadzaca z lotniska do centrum powinna nazywac sie " Latajacy klakson highway ". Nawet w szczerym polu gdzie nikogo nie ma jedzie sobie Hindus traktorem i sobie trabi, a ze nikogo tam nie ma to wkurwia tylko jaszczurki, i bardzo go to bawi. Z Connaught place ide spacerkiem w strone Pharganju, na ulicy leza bezdomni a na nich leza muchy a Hindusi sikaja na obszczane sciany. Smutne ale co zrobic.
Jako ze w Indiach juz bylem i spedzilem tu kilka miesiecy, to trudno uniknac roznic i porownan. Bylem, ale to bylo dziewiec lat temu, czyli sam dokladnie niewiem czy to prawda. Na Paharganju roznic niestety nie widze. Swiete krowy jak lazily tak i laza, laza i sraja. Chodza sobie i ze smietnikow zra jakies kartony i inne smieci. Oczekujac wieczornej uczty w postaci wyrzucanych ze straganow resztek warzyw i owocow. Moim skromnym zdaniem z ktorym nikt sie nie liczy i liczyl nie bedzie, uwazam ze miejsce krowy jest na zielonej lace lub rownie zielonym pastwisku. A nie w srodku miasta, zrac jakies smieci. No ale nie wiem co o tym wszystkim mysli Hindus i co o tym wszystkim mysli sama krowa. Po za tym nie raz widzialem jak jednego czy drugiego taka krowa na rogi sobie wziela wiec niewiem czy ona do konca taka swieta. Swietosci swietosciami lecz omijam je lukiem dosc szerokim. Do tego wszystkiego wszedzie biegaja psy a gdzies w zaulku zabeczy zezowata koza. Glowna ulica Paharganju to Main baazar. Dlugi ciag slepow z odzieza, materialami, warzywami i innymi kramami. Taki market. I jest to jedna z tych ulic swiatowych aglomeracji gdzie wkurwiaja cie naprawde wszyscy.Dzieci chca one rupies, zebracy wreczajac im rupie mysla ze sobie z nich zarty stroisz i chca minimum dziesiec ze niby na jedzenie. A jak mu bedziesz chcial dac banana bo jednak serce masz dobre i litosciwe to mozesz tym bananem dostac w pysk. Sadhu, asceci i inni swieci wyzwoleni z dobr materialnych chca najlepiej wszystko to co masz w kieszeniach. Jednemu chcialem dac piatke to oswiadczyl ze tylko siedemset " make him happy". Za bezczelnosc dostal nic. Sprzedawcy namolnie wciagaja cie do swych sklepow z materialami do niczego ci potrzebnymi, no i tysiace razy slyszysz:
- Hello sir, whats your name ? , what is your contry ?, how are you ?
A jak sie wdasz w glupia gadke do niczego nie prowadzaca to jeszcze - how many brothers and sisters do you have ?
Z tego calego tumanu kurzu, wylaniaja sie wcale nim nie pokryte, hinduskie pieknosci. I nie sa bezwstydne, sa majestatyczne. Starsze i mlodsze w przepieknych basniowych sari o cieplych orientalnych kolorach. Sa tam tez starcy swiatli w sanskryckich tekstach obeznani, wiedze swa z pokolenia na pokolenie swym uczniom przekazujacy. Tym zawsze, respekt, szacunek i poklon. Lecz sa miedzy nimi postacie czarna mgla owiane. Chodza takie kurwy i zaklecia jakies po plecach rzucaja. Cichcem, chylkiem, i z partyzanta. Po takim zakleciu dlugo czlek dojsc do siebie nie moze, albo nie dochodzi wcale. Ale jest na to rada. Czosnkiem plecy smarowac i wodki sie napic. Nie patrz im tez w oczy bo sam o nieszczescie prosisz. A jak sie bedziesz patrzyl tam gdzie nie trzeba to wpadniesz pod riksze albo kopnie cie krowa. Albo i jedno i drugie. Tam tez dilerzy oferuja ci odmienne stany swiadomosci, tak jakby indyjska rzeczywistosc wogole tego nie dawala. Kraza podejrzane typki, naciagacze pragnacy twej zguby i twych pieniedzy. Oraz najzwyklejsi pospolici bandyci o celech wiadomych.I zwykli zawodowi i niezawodowi mordercy. Przez ten jarmark absurdu przewijaja sie jeszcze jacys turysci, wagabundzi, globtroterzy, znani i lubiani podroznicy, obiezyswiaty, lumpy i frajerzy, poczochrani malarze, zawiedzeni pisarze, irlandzcy stolarze i krymskie pejzarze, chamy i prostaki, lotry i lotrzyki, pojebani hipisi i sympatyczni mnisi. Czasem tez przemknie tam jakas przybleda typu mojego o nieokreslonych szerzej definicjach. No i klasyczny standart kalsyczny jak ziemia dluga i szeroka, i to co na tej ziemi najbardziej sie szerzy - zlodzieje, kurwy i pedaly. Idac przez Main baazar, najlepiej wziasc dlugiego kija i wszystkich ich tam na dlugosc tego kija od siebie trzymac a jak ktory sie zblizy to tym kijem przez leb, i tyle.
Czlowiek zalatwiwszy juz wszystkie swoje sprawy na miescie, przechodzac przez to pieklo zwane Main baazar, obiera sobie tylko znany punkt gdzies na horyzoncie. I patrzac w niego, lunatycznie zmierza w kierunku swej hotelowej pryczy. Tam w pokoju po zazyciu czterech prozacow bo trzy to za malo, patrzac w sufit zastanawia sie po co mu to wszystko bylo i szuka poczatkow dla ktorych znalazl sie w tym bagnie by drugi raz nie popelnic tego samego bledu.
Przechodzac przez caly ten bajzel , ostatkiem psychicznych sil docieram do Down town hotel w ktorym lata temu miedzy innymi mieszkalem. Wtedy pokoj kosztowal rupii osiemdziesiat, teraz krzycza trzysta. Targowac sie nie chca , to mi tez nie. Badam uliczke dookola i wszedzie tak samo lub nawet wiecej. Siadam na murku szluga pale i mysle ze przyjdzie mi tu zebrac tak jak oni wszyscy. Relacji innych nie czytam bo mam je w dupie. Przed sama wyprawa tez sie nia wogole nie interesuje, to wlasnie tak wychodzi. Stanal kolo mnie typ i tez sobie szluga zajaral. A ze wygladal podejrzanie to pytam gdzie sie zachaczyl. Mowi ze w Down town hotel jest dormitorium za rupii calych sto. Uderzam spowrotem na Down town tyle ze teraz dorme atakowac. Pytam wiec znowu typa lecz tym razem o miejsce w dormitorium a on mi znowu o pokoju za rupii trzysta. Zebym chociaz zobaczyl. Od niechcenia wzielem klucz i poszedlem na gore. Pozytek z pokoju za trzysta rupii byl taki ze akurat siku mi sie chcialo to sie w nim wysikalem, to znaczy w lazience. Juz na dole mowie ze ladnie ale chce w dormie. A ten dalej swoje, ze nie bedzie odpowiedzialny za moj bagaz, ze duzo ludzi sie tam przewija i tak dalej. Majac go juz dosc, mowie ze w dupie mam jego odpowiedzialnosc tak samo jak i moj bagaz w ktorym i tak zadnych skarbow nie ma. Aparat nosze przy sobie a reszta to - Czarny welniany sweter zakupiony za dwa i pol dolara w jakims lumpeksie w Toronto z dziura na brzuchu i naderwanym rekawem, dwuletnie sztruksy wycieruchy z ktorych nie bardzo jest juz co wycierac, trampki w podobnym wieku ktore juz blagaja by wiecej ich nie meczyc, na trampkach byla kiedys czarna puma lecz nie widzac sensu ciagnac dalej tego koszmaru poszla gdzies w ciemny las w gorach skalistych, w prowincji kolumbia brytyjska przez ktora ostatniej wiosny przejezdzalem. A trampki wzielem bo wyprawa ma byc trampingowa. Do tego nowiutka moskitiera znaleziona na amsterdamskiej ulicznej wystawce, oraz ulubione czarne welniane skarpetki zakupione tez w jakims lumpeksie tyle ze w miescie Vankuwer. Byly troche dziurawe kiedy je kupywalem wiec starsza pani stwierdzila ze takiej rzeczy to ona mi nie moze sprzedac wiec dala za darmo. Troche mi sie glupio wtedy zrobilo zem taki szmaciarz. Ale zaoszczedzilem dwdziescia piec centow. No i sam sam plecak ktory moze i byl kiedys i nawet drogi ale i tak wyrwalem go na jakims smietniku w miescie Amsterdam klocac sie o niego z jakims lumpem tam grzebiacym. Wiec na czym ma mi zalezec i kto na to wszystko sie polasi. A nawet jak sie polasi to i tak znajde to wszystko za hotelowym rogiem, bo gdy to wszystko przetrzepie to tylko sobie rece otrzepie i stwierdzi ze takiego pecha to w zyciu nie mial, a jak zobaczy ksiazke o tajlandzkim kryminale z klawiszem prowdzacym typka spod ciemnej gwiazdy w ciezkich kajdanach na szyji, rekach, i nogach na okladce to jebnie w pizdu ten caly majdan o glebe, szybko sie ulotni, pojdzie w cholere i nigdy wiecej tam nie wroci myslac ze u czubkow kipisz zrobil.
W koncu zrozumial i wpuscil do nory za rupii sto. Dorma jak dorma, troche ciemnawo, pietrowe prycze, materac oraz poduszka przesiaknieta plamami potu calego tego podrozniczego elementu. Ale bylo spoko. Wkrotce napatoczyl sie kolega, ktory bez zazdrosci polecil mi ten przybytek. Kolega byl spoko i byl francuzem z Montrealu. Jezdzil sobie troche po Indiach a teraz wracal do Nepalu gdzie w okolicach Katmandu uczestniczyl w jakims projekcie typu szkola i nepalskie dzieci. Gadal sobie cos tam do tych dzieci po angielsku one nic nie kumaly ale sie cieszyly, on za to kasy nie bral a spanie i zarcie za darmo mial, a ze nauczyciel musial byc na stanie to wszyscy byli zadowoleni. I wilk syty i manchester city. A w week-endy kiedy roboty nie bylo wyruszal w Himalaje i zbieral tam sobie maryske. Czego chciec wiecej. Znal sie na rzezcy. Od razu go polubilem. W dormie kimalo jeszcze dwoch japonczykowale ci to zawsze sa spoko. By jakos przejsc zmiany czasowe postanowilem nie spac do wieczora by nie obudzic sie wieczorem by potem lazic w kolko cala noc i drapac sie po glowie. Bylo dobiero samo poludnie. Poszedlem na dworzec by kupic bilet do Bangalore i jak najszybciej stad wyjechac. Jedyny racjonalny powod dla ktorego mozna mieszkac na Paharganju to bliskosc dworca New Delhi Railway Station, ktory znajduje sie po drugiej stronie ulicy, przy poczatku Main baazar. A przejscie tej ulicy to tez proba nerwow. Jak jestes odwazny to mozesz zlapac jakiegos Hindusa za reke zamknac oczy i niech cie prowadzi. Albo poprosic policje o eskorte albo po prostu zadzwonic do ambasady twojego kraju ze jednak sie pomyliles i chcesz w trybie natychmiastowym wrocic do domu i regularnie juz placic tam podatki. A jak ci sie to juz uda to zaraz po drugiej stronie juz przy dworcu osacza cie dziesiatki rikszarzy ktorzy mimo iz idziesz w kierunku dworca usilnie chca cie wywiezc w kierunku przeciwnym. Na pierwszym pietrze dworca w biurze rezerwacji dla obcokrajowcow, w kolejce po bilet dostaje juz z tego wszystkiego pomieszania zmyslow, zaczynam slyszec kolory i widziec dzwieki. Nie dajac rady wypelnic formularza, wrocilem na swa prycze i pieprzac to wszystko w czapke zasnelem. No i wstaje o polnocy.Wyszedlem przed hotel. Padal deszcz. Stanal kolo mnie typ i tez sobie szluga zajaral i tez sie na ten deszcz patrzy. Wiec pytam czy codziennie tak sobie pada. Okazalo sie ze to Jacek z Krakowa, mieszka tu juz szesnascie lat i jest przewodnikiem przyglupawych objazdowych wycieczek z Polski. Narzekal na nich strasznie, no ale co mial nie narzekac jak to przyglupy byly. Dlugo im Jacek bowiem wyjasniac musial ze opozniony w Indiach pociag o dwie godziny, co ich strasznie bolalo, to i tak jakby byl troche przed czasem. I dalej mu nie wierzyli myslac ze oszust jakis. Jacek w koncu poszedl spac lecz perspektywa kolejnej porannej wycieczki spac mu nie dawala. Przechodzacy obok szczur, przystanal, spojrzal na mnie jak na kretyna i wrocil do swojego domku co nazywal rynsztok. Tez poszedlem spac. I tez do podobnego domku.
niedziela, 29 listopada 2009
Zepsuty piec
Kiedy kupywalem w aptece tabletki na sraczke, znajoma aptekarka Iza spytala- slyszalam ze jedziesz ? No tak jade. Raczej nie mowie nikomu ze gdzies tam jade, by uniknac pytan w stylu - a po co ty tam jedziesz ? Po pierwsze odpowiedzi jeszcze nie znalem a po drugie i tak nikt by nie zrozumial. No ale " Raczej '' na malej wiosce robi duza roznice. Iza pyta czy bede pisal jakiegos bloga. Niewiem co to za stworzenie, ani tego nie pisalem ani tego nie czytalem. W sumie dziewucha ma troche racji, mysli sa ulotne, a ludzie i miejsca, takze z pamieci uciekaja. Wiec mozna skrobnac co nie co, miast jakis rwanych i nieposkladanych emaili.Jezykiem niestety ani to stylistycznym ani gramatycznym.
Nasza dyskusja byla dluga i zacieta lecz asortyment mej apteczki jakis taki ubogi. Oprocz wspomianych juz tabletek na sraczke, doszedl do tego wegiel rowniez na sraczke,tabletki od bolu brzucha, rutinoskorbin, cos na komary i cos tam do ran odkazania i kilka plastrow. Apteka byla w Pobierowie. Droga przez sosnowy las wrocilem do swej wioski.
Powod wyprawy do Indii byl raczej prozaiczny. Po prostu piec mi sie spierdolil. Wzial zardzewial i padl. A ja bylem zbyt leniwy by go naprawic. W babcinym domku nad brzegiem pizgac juz zaczelo calkiem na powaznie. Na poczatku listopada grzyby w lesie sie skonczyly, chodzilem wiec po plazy szukajac bursztynow ktore mimo usilnych sztormow wyplywac jakos nie chcialy. Chodzilem wiec w kolko po plazy i tylko cieklo mi z nosa. Ostateczna decyzje podjelem pewnego poranka spiac pod dwoma koldrami,kocem, i w czapce na glowie. Budzac sie o swicie, koc okryty byl poranna rosa. Nie endrju mowie sobie - its time to go. Tylko gdzie ? Tam dzie cieplo i gdzie tanio. Wiec moze do Indii. Tak sobie liczylem koszty, patrzac w sufit a z nosa kapal mi katar. Wyliczylem sobie na tym suficie ze za cale moje oszczednosci zyciowe powinienem jakos przezyc tam kilka miesiecy przy budzecie dolarow dziesieciu dziennie. Ogladajac sobie ten sufit doszlem tez do wniosku ze lepiej ma fortune roztrwonic w egzotycznej podrozy niz pod wiejskim sklepem pijac tanie wino. Choc i pod tym sklepem jest rowniez egzotycznie.
Do Indii trzeba jednak wize, a wiza jest w Warszawie. Pisze wiec do Ani. A Ania to moj podrozniczy autorytet. Prawie 4 lata dookola swiata , motorem po Indiach, autem po stanach, z buta i stopem po calym Tybecie , do tego zima spiac na glebie i oczywiscie bez jakis tam pozwolen. Pisze wiec do Ani bo akurat mieszka w Warszawie. Choc ostatni raz widzialem sie z Ania trzy lata temu w Bangkoku, odpowiada na dzien nastepny, nadwyraz cieplo, ze oczekuje, wyczekuje i wrecz pragnie mego przyjazdu. Wspomina cos tez o minionych iluzjach. By uspokoic jej tesknoty czym predzej wbijam sie w pociag relacji Szczecin-Warszawa. Na indianska wize czekam tydzien lecz u Ani spedzam dwa.W apartamencie z widokiem na palac kultury spedzamy czas na kolacjach przy swiecach, bialym lub czerwonym winie i filmach Almodowara. W dzien zaduszny, tuz przed zmrokiem wybieramy sie na Powazki i oddajemy hold Czesiowi Niemenowi za slowa - Dziwny jest ten swiat i tak ogolnie. Tak, dziwny. Mimo iz jestem z innej czesci Polski to na rogu Swietokrzyskiej i Marszalkowskiej spotykam kolege Tomka. A Tomek jest pisarzem. A jako ze akurat nic w tym czasie nie pisal to wyladowalismy u niego na Jelonkach raczac sie browarami z biedronki. Okazalo sie ze Tomek spotkal Marcina ,ktory po dlugiej tulaczce wrocil do swego miasta rodzinnego gdzie w koncu odnalazl swa droge. Mieszkalismy kiedys razem w Paryzu na pewnej barce na sekwanie. Marcin to dla mnie postac kultowa. Dzwonie do niego po jedenastu latach, przedstawiam sie, a on nie pytajac nawt skad mam jego numer odpowiada - A czesc, a wiesz co zostalem, zostalem mormonem. No tak caly Marcin. Nie za bardzo wiedzialem co to ten mormon , gryzie to czy co tam robi, wiec dnia nastepnego wyladowalismy w mormonskiej swiatyni. Niestety nastepnego dnia Marcin wyjechal do Niemiec glosic ewangelie wiec tyle sie widzielismy.
Ania bedac pilotka wycieczek po Izraelu poznala wlasnie tam Asie. A Asia pracuje w indyjskiej restauracji Maharaja w okolicach Placu zbawiciela. Wiec znowu kolacja przy swiecach, a jedzonko lepsze niz w Indiach. Chlopaki z kuchni sa z Nepalu wiec znaja sie na rzeczy. Od nepalskiego szefa kuchni dostaje zaproszenie w Himalaje a wlasiciel restauracji zabiera nas do sikijskiej swiatyni gdzie odbywa sie swieto guru Nanaka. Namiastka Indii w sercu Polski. Spotykam tez Janusza ktory przyjezadza do mnie nad morze. Poranna latte w Zlotych tarasach. Pobyt w stolicy zaliczam do udanych choc zdazylo mi sie jedno nieszczecie. Ania dostala od kolegi zaproszenie na lewicowa debate. Poczatkowo mialem isc, ale zrezygnowalem doczytawszy ulatke do konca. Transformacje ustrojowe jeszcze bym zniosl, lecz dalsze rownouprawnienie kobiet i inne tam feministyczne bzdury. Jakos nie chcialo mi sie sluchac nawiedzonych bab. Ania poszla sama. Dwa dni pozniej pyta czy znam taka aktorke . Czy znam !!!? A bo siedziala obok mnie. O dzizas- krajs. Toz to dziewczyna byla pulkownika Kwiatkowskiego. A ona sie pyta czy znam. Przeciez to ta ulubiona i ta wielbiona, i ja moglem siedziec obok niej a nawet cos wiecej ah ... spojrzec troche glupawem rozanielonym wzrokiem troche glebiej w oczy. Coz okazja sie wiecej nie powtorzy pewnie ale w przyszlosci postanowilem nie omijac zadnych debat ani lewicowych ani feministycznych ani jakichkolwiek, pewno tam wiele ciekawego do powiedzenia maja. Radosne chwile dobiegly konca , miasto okazalo sie nadzwyczaj przyjazne.
O samym poranku, zegnamy sie z Ania, czule i odrobine za dlugo. Miala jeszcze zmruzone snem oczy w snieznobialej poscieli gdzy szeptala- udanej podrozy. Taaaa .... a na pociag to chyba bieglem. Bilet na Szczecin musialem kupic juz w pociagu, i to cale siedem zlotych drozej, coz emocje czasem kosztuja.
Warszawa centralna. Kiedy po raz pierwszy ucieklem z domu, w wieku lat niecalych pietnastu wyladowalismy wtedy z kolega z wioski wlasnie na tym dworcu. Dworzec byl bardzo brzydki, w srodku bylo bardzo brudo i bardzo tez smierdzialo. Kiedy tak stalismy patrzac na ten dworzec , jeszcze zdrowy rozsadek nakazywal niezwloczny powrot do mamy i taty. Po latach zmienilo sie tam tyle ze juz nie smierdzi i brudno nie jest. Ale dalej stoi i ludzi straszy ... i dzieci. Mogli by to w koncu rozmontowac . Ale coz nasi decydenci pociagami juz nie jezdza. Zawijam na Szczecin i pozna noca docieram na swa wioske.
Dwa dni pozniej lotnisko w Goleniowie. Podaje celnikowi paszport i choc wydaje mi sie ze wygladam calkiem normalnie ten patrzy na mnie jakbym mu co najmniej matke zgwalcil a potem ojca i jeszcze psa i kota do kompletu. Cos tam stukal w klawiature i troche to trwalo, bral mnie chyba na przetrzymanie, albo co bardziej prawdopodobne szukal Enter. W koncu chyba znalazl bo oddal paszport i wypuscil z tego piekla. Straz graniczna, wielka mi straz. Straz gminna, miejska, lesna i wydmowa- lesna. Brakuje jeszcze etycznej i moralnej. Strazujcie sobie dalej tego nadwislanskiego kraju, ja na chwile z niego spadam oby mord waszych nie ogladac. A poszli won czytac " Straznice " albo lepiej " Przebudzcie sie".
W koncu latadlo dziadowskich linii Ryanair wzbilo sie i polecialo a po ponad godzinie przylecialo. Kapitan mimo silnych porywow wiatru posadzil maszyne na plycie lotniska Stanstead. Za swoj bohaterski wyczyn dostaje od londynskiej emigracji brawa gromkie. Przeciez moglo byc inaczej. Moi najblizsi londynczycy Bartek z Papuga po calej dekadzie spedzonej w Londynie w oczekiwaniu na potomstwo zawineli sie do polszy. Wiec napisalem do Krzysia, czy przyjmie pod swoj dach jeszcze nie strudzonego wedrowca na noc jedna. Krzysio odpisuje ze niema sprawy, i tak pojawiam sie u chlopakow na Blackhorse road. A jako ze ceny londynskiego transportu sa gleboko uposledzone wiec wyzygalem na przeprawe z lotniska funtow trzynascie . Troche mnie to bolalo.
Smaczna zapiekanke przyzadzona przez Krzysia, popijamy zimnym piwem. Krzysio juz niebawem bedzie prezesem duzej finansowej korporacji a jesli nie jej prezesem to przynajmniej bedzie zasiadal w jej nadzorczej radzie. Juz teraz organizuje rozne konferencje i fora, jest tez czestym gosciem w Westmisterskim palacu i zna wielu celebrytow z Izby lordow. Predyspozycje do wyzszych i elitarnych sfer ma ponadprzecietne. Niebawem tez bedzie Krzysio bedzie wlascicielem jachtu w basenie morza srodziemnego. W przerwach posiedzen rady nadzorczej wolny czas bedzie spedzal na jachcie piszac ksiazki.
Rankiem wstaje wczesnie i krzatam sie to po kuchni, to po ogrodzie. Wstala tez Gabrysia, luba Krzysia. Gaworzymy wiec caly poranek, popijac kawe i chrupiac tosty. Gabrysia dlugi czas pracowala w osrodku resocjalizacyjnym gdzies w Beskidzie zywieckim. Jednak jako ze resocjalizacja mlodocianych, zagubionych chlopcow w Polsce, do jachtu na morzu srodziemnym na pewno nie doprowdzi, wiec wspolnie zdecydowali o jej przeprowdzce do U.K. Postanawiam sie troche z nimi spoufalic bo ja tez chce siedziec na tym jachcie i pisac ksiazki. O czym te ksiazki mialby niby byc to pojecia niemam, jednak zbytnio wodzy fantazji popuszczac nie musze by zobaczyc siebie na ich jachcie z kolorowym drinkiem w reku. Oki- doki marzenia marzeniami a tu realia wzywaja i do tych Indii trzeba spadac. Od Marcina dostaje na droge jablko, rzucam plecak na garba i heja na -Heathrow.W metrze za ostatnie klepaki dokupuje kanapke z serem i snikersa , moze nie zdechne do Indii. Zostaly tez trzy ostatnie papierosy ale jak cos to sie wysepi pod lotniskiem jak ktos pyta to daje a jak nie mam to pytam ja, proste.
W metrze reklama Ikei mowi do mnie jeszcze- "Home is the most important place in the world"- sie musze w koncu nad tym powaznie zastanowic, ale nie teraz bo mi samolot ucieknie. Heathrow- lotnisko jak kazde inne. Bramki przez ktore przechodze strasznie sie zawiodly nie znajdujac u mnie ani materialow wybuchowych ani broni masowego razenia. Za to strefa wolnoclowa przywitala mnie nader goscinnie iluminacja swiatel wprowdzajac do najwiekszego sklepu trunkow zacnych.Akurat odbywaly sie tam jakies degustacje. Na poczatek zostalem wiec poczestowany kieliszkiem Baileysa. Byl przepyszny, niestety kieliszek byl maly a w kieliszku jeszcze mniej, wiec niesmialo siegnelem po drugi. Po drugim moje sklonnosci do nalogow daly o sobie znac ,wiec ze do samolotu mialem jeszcze trzy godziny przedreptalem je miedzy stoiskami w owym sklepie z mina wytrawnego konesera. Nazw owych trunkow nie znalem lecz frykasy to byly przednie. Tyle ze po jakims siedemnastym takim malenstwie mina konesera ze mnie jakos uszla i zaczelem je po prostu zlopac. A na samolot to oczywiscie bieglem. Urocza dlugowlosa blondynka, zdradzajaca swym akcentem nasze wspolne pochodzenie przerwala i oddala kawalek karty pokladowej. I tak lekko zakrecony wchodze na poklad samolotu .... Air India.
Jakos tak to sie zaczelo.
|